
𝗛𝗲𝗷, 𝗺ł𝗼𝗱𝘇𝗶 𝗹𝘂𝗱𝘇𝗶𝗲 𝘇 𝘀𝗲𝗸𝘁𝗼𝗿𝗮 𝗙𝗔𝗡 𝘄 𝗟𝗲𝘀𝘇𝗻𝗶𝗲❗ Co się z wami porobiło?! Za chwilę wasza drużyna pojedzie o MEDAL Drużynowych Mistrzostw Polski! Jako beniaminek ligi, pierwsza taka sytuacja od kilkunastu lat i Polonii Bydgoszcz 2009. O czymś takim może tylko pomarzyć 90 procent żużlowych klubów. Większość marzy, żeby w ogóle w PGE Ekstraliga się znaleźć. A wy "wspieracie" swój klub obrażając własnych zawodników...
"35:55. Wynik, który boli i zwyczajnie wku**ia. (...) To nie jest wynik, obok którego można przejść obojętnie. Mamy prawo być oburzeni, mamy prawo czuć niedosyt, bo oczekiwania w Lesznie zawsze są wysokie. I dobrze - tutaj nikt nie przyjeżdża po to, żeby tylko odhaczyć mecz i wrócić do domu. My swoją robotę wykonaliśmy. Doping zdecydowanie wygrany, oprawa zaprezentowana, sektor przez cały mecz żył swoim życiem. Unia Leszno to nie jest klub od bycia tłem dla kogokolwiek. 35:55 zostaje w statystykach, ale dzisiaj na trybunach było jasne, kto przyszedł robić atmosferę. My możemy zdzierać gardła co mecz. Panowie - wy zacznijcie w końcu zdzierać punkty rywalom" - przedstawili swoje racje ultrasi, "Bycza Armia".
Już pal licho te derbowe zachowania, obrażanie rywali - pewnie reszta stadionu, choć zdegustowana poziomem (czytaj: intelektualnym upadkiem), spuściła na to zasłonę milczenia, pomna wydarzeń z niedawnej wizyty WTS Sparta na "Smoczyku" i zachowania dwóch "gagatków". Janowskiego, który "tak tylko trochę chciał powq...ć miejscowych ultrasów", w wieku lat 35 zapomniawszy, czym jest TŁUM podczas imprezy masowej i ile było w historii tragedii przez takie bezmyślne prowokacje; oraz Łaguty. Ten to dopiero "gigant". Cieszył się jak małe dziecko z nauczania nas, kto jest klubem polskim, a kto nie. Bardzo dziękujemy, to nader cenna lekcja. Oczywiście on tylko intonował, o niczym nie wiedział, nic nie rozumiał... to kibice śpiewali.
Tym razem gwiazdorzy WTS-u skupili się na rzemiośle żużlowym, Łaguta na kolekcjonowaniu "trójek". A może ktoś im podpowiedział, że tak będzie najlepiej - w każdym razie na dobre to Wrocławianom wyszło. Zdemolowali Unię na torze. Kibice z sektora FAN...
Wy chcecie być częścią "byczej" rodziny KS Unia Leszno czy być jakąś autonomiczną sekcją, "byczym państwem podziemnym", Unią bis? Oczywiście "jedyną prawdziwą". Tylko na jakich meczach będziecie tę "prawdziwość" krzewić, jeśli poza Pawlickim i resztą winnych "klęski wrześniowej", zniechęcicie kolejnych żużlowców do rozmów z Unią. A oni mają oczy i uszy otwarte. Ci lepsi, najbardziej perspektywiczni, mają zazwyczaj po kilka ofert, z reguły porównywalnych. Wbrew utartej opinii, niekoniecznie wówczas decyduje dosypanie im "pół tysiaka" za punkt albo stówy "na sprzęt". Mogą na przykład zastanowić się nad tym, czy chcą jeździć na stadionie z tak popieprzonym sektorem. I po najważniejszych meczach schodzić z toru, nie wiedząc, czy za chwilę nie usłyszą niagary rynsztokowych wyzwisk i oskarżeń o rzeczy, które zrodzić mogły się tylko w chorych, ograniczonych, nienawistnych głowach. A wraz z nimi to samo usłyszeć musieliby ich prywatni sponsorzy, ich bliscy, rodziny, znajomi.
Chcielibyście - wy, "wierni fani" - w takiej atmosferze przeżywać najważniejsze dni w waszej pracy? A może jednak nie - może szybko przyszłaby konstatacja, że lepiej dostać pół tysiaka mniej, ale czuć komfort i szacunek, zamiast niepewności...
Przecież ten nieszczęsny Pawlicki podczas telewizyjnego wywiadu wyglądał "jak z krzyża zdjęty" - owszem, bezradny, trochę wręcz podłamany, ale zarazem ostatni, o którym można by powiedzieć, że "przeszedł obok meczu". Może popełnił jakieś błędy podczas tego sezonu, może także z doborem teamu, jak często mu zarzucają, ale czy to on pierwszy? To także ryzyko profesjonalnych umów z zawodnikami.

Taki potok rynsztokowych wulgaryzmów i "doping negatywny", z ostrzem skierowanym w stronę rywala, a nie wspierający swoich, długofalowo odbić się może także na frekwencji. To już nie są lata 90. i realia żywcem wzięte z ówczesnych stadionów, tych piłkarskich i nie tylko, z rzędami drewnianych ławek i brechami, które jeszcze chwilę wcześniej nazywały się "trybuną", a biegali z nimi barczyści jegomoście. Jako sparingpartnerów mający pseudokibiców drużyny przeciwnej oraz "żuczków", niby po weryfikacji, a w niczym nieróżniących się od ZOMO-wców, jeszcze kilka lat wcześniej rozpędzających niepodległościowe manifestacje. Dziś kibic kupuje bilet, coraz rzadziej tani, i oczekuje pewnego poziomu - na torze i poza nim. Na wizytę do skansenu PRL wybierze się, jeśli zechce, kiedy indziej.
Dopóki będą zwycięstwa, mecze o najwyższe cele, frekwencja będzie wysoka - ale tak się nie da zawsze. W końcu przychodzi gorsza passa. Wtedy jeszcze boleśniej odczuwalny dla klubu będzie każdy kibic, każda grupa znajomych i każda rodzina, która stwierdzi, że w sumie to ma inny pomysł na niedzielny relaks, niż obserwowanie prymitywizmu plus wysłuchiwanie bluzgów. I jeszcze frasunek o wpływ tychże rynsztokowych wrażeń na wychowanie własnych dzieci. Niemałym wysiłkiem uczonych tego, co w życiu ważne - szacunku, kultury osobistej, postaw fair play.
Przegrać można zawsze, nawet wysoko, to przecież sport. Także na poziomie znacznie wyższym niż żużel, rozrywka trzech czy czterech nacji na krzyż. Dwanaście lat temu, też latem, wydarzył się inny półfinał. Na Estádio Mineirão w Belo Horizonte. Spora część bywalców sektora FAN pamięta to pewnie jak przez mgłę, bo mieli wówczas 5-6 lat. Cała Brazylia wierzyła w awans do finału, od pani prezydent Rousseff po biedotę z faweli Rio i Sao Paulo. Czekali na ten mecz z takim samym ogromem nadziei, jak Leszno na żużlowy półfinał. Tylko było ich trochę więcej - 215 milionów plus 5 milionów brazylijskiej diaspory. Wynik? Pamiętny. Drugiej połowy nie trzeba było już grać. Po pierwszej było 0:5, potem Niemcy już tylko współczuli rywalom, starając się nie wbić "dychy", bo skutki mogły być trudne do przewidzenia. Skończyło się 1:7. Ktoś sprzedał tamten mecz? Minęła ponad dekada, coś wiadomo?
W "favelas" Rio i Sao Paulo doszło do zamieszek, "boski" Diego Maradona pląsał w rytm wykpiwającej sąsiadów zza miedzy pieśni, piłkarz Fred, obrażany masowo, sczezł w roli ówczesnego "Pitera"... tylko to chyba żaden wzór do naśladowania - robić "chlew" na poziomie gangusów z faweli. Z całym szacunkiem dla hodowców bydła, drobiu i trzody chlewnej, których w Wielkopolsce nie brakuje. Wielu z nich także lubi #speedway, część wspiera Unię, i to od dwóch pokoleń. To nasz rolnik i gospodarz, nasza jakość, nasze bezpieczeństwo żywnościowe - nasza polska racja stanu. Oni na głowie mają teraz większy problem niż żużlowa klęska. I też związany z Ameryką Południową. Oby z tego "dziejowego dobrodziejstwa" wyszli obronną ręką.
Unia Leszno wyjdzie, tego można być pewnym. Nie z takich opresji wychodziła. To wielkopolskie środowisko żużlowe z "perłą w koronie", czyli Lesznem, jest wciąż zbyt silne, by dać się złamać. A odradzać potrafi się w chwilach najgłębszego upadku. Kiedy wydarzyła się najbardziej spektakularna "bycza" sanacja? Kiedy spadli z ekstraligi, a działacze poprosili o wsparcie, o najprostsze rzeczy - kupienie biletu, programu, czegoś w klubowym sklepie, o uczęszczanie na mecze także w niższej lidze. Do której spadek był zresztą kiepskim kuksańcem od losu, nie zasłużyli na niego.

To nie znaczy, że trzeba ich pogłaskać i machnąć ręką, "nic się nie stało". Stało się. Żużlowcy, w tym znakomici, mistrzowie Polski, reprezentanci kraju, jak Pawlicki czy Kołodziej, zawiedli. "Nie dowieźli tematu". W bardzo ważnym meczu. Zgadza się, w boju 50-tysięcznego Leszna z drużyną z miasta prawie milionowego, najbogatszym klubem w Polsce, o wykutej latami profesjonalne strukturze, sieci potężnych sponsorów, wspieranym strukturalnie od lat potokiem pieniędzy z sektora prywatnego i publicznego. O możliwościach, którymi nakryliby to Leszno przysłowiową czapką. Razem z unoszącymi się nad nim szybowcami. To wszyscy wiedzą - tylko że to sport, w nim Dawid może szukać słabych punktów Goliata. Bywa że z nim zwycięża. Fani z Leszna wiedzą o tym najlepiej.
Mają nad czym myśleć zawodnicy, mają kibice, jeszcze więcej powodów do przemyśleń mają sztabowcy i działacze. O co chodzi z tym torem? Okoniewski wie? Może Dobrucki wie? Jak wygląda współpraca na linii żużlowcy - menadżer - toromistrz? Od wysłuchania ich wyjaśnień zarząd klubu pewnie zaczął poniedziałek. A przynajmniej powinien. Narzekania na własną nawierzchnię nie są przecież nowe, nie pojawiły się od meczów ze Spartą. Ściankę w klubowej gablocie można by już nimi wytapetować.
Kibice przyszli tłumnie na stadion, zapłacili ciężkie pieniądze za bilety, klub zarobił krocie - ponad 30 tysięcy ludzi na dwóch ostatnich meczach! W przypadku tak niewielkiego miasta, to fenomen na skalę ponadkrajową. Tylko ci kibice zobaczyli 3:15 w decydujących wyścigach z Falubazem, a potem - jakby ciągiem dalszym - kolejny festiwal hurtowych porażek z Wrocławiem. Przecież byłoby 33:57, gdyby nie strzeliła opona u Kurtza.
Czy Grzegorz Zengota musiał odpalać swoją "bombę" akurat w przededniu najważniejszych spotkań sezonu? Może musiał... Tylko z konfrontacji słów "Zengiego" i dyrektora klubu, Dobruckiego, wynika, że któraś ze stron musi mijać się z prawdą. Nie chce wyjść inaczej. Wszyscy doskonale wiedzieli, jaki efekt wśród uwielbiających zawodnika kibiców wywoła taka publikacja, choć dotyczy spraw oficjalnie ogłaszanych w listopadzie - a jednak wywołano to tsunami teraz. Po co?
Gdzie jest Piotr Rusiecki i jego POLCOPPER, tak wierny klubowi przez te wszystkie lata? Bo coraz więcej kibiców mówi, że łatwiej go zauważyć, ale na innym stadionie, który - kto wie - może za chwilę także będzie gościł ekstraligę. O co w tym chodzi? Chyba nikt nie uwierzy, że "Peter Polcopper", który serducho ma biało-niebieskie, trwał na "Smoczyku" w najtrudniejszych chwilach, nagle bez żadnych podstaw obraził się na klub. Co wcale nie znaczy, że we wszystkich pomysłach musi mieć rację, nie oznacza deprecjonowania zasług prezesa Dworakowskiego.
Opowiadał niedawno Krzysztof Cegielski, który leszczyńskie środowisko musiał poznać doskonale, pracując tyle lat u boku Janusza Kołodzieja, że różnice zdań między decydentami Unii były zawsze - i zawsze z tych tarć, a raczej ucierania się poglądów, klub wychodził wzmocniony. Potrafiono się dogadać, jak przy dożynkowym stole. Co się nagle zmieniło? Jak będzie wyglądała struktura organizacyjna "Byków" za kilka miesięcy, kto da swoją twarz jako prezes zarządu? W tym sęk, że tych pytań jest więcej niż odpowiedzi, a szary kibic - przecież też sponsor - nie widzi transparentności, nie czuje dobrej komunikacji. To wzmaga nerwowość.
Chamstwa nikt nie tłumaczy, na nie usprawiedliwia nie ma, ale #ByczaRodzina to nie tylko ultras, dla ogromnej rzeszy sympatyków Unii klęska ze Spartą jest tylko jednym z pól do zmartwienia. Może najboleśniejszym stricte żużlowo, najbardziej eksponowanym w mediach, ale niekoniecznie najważniejszym. Z tego grono działaczy także powinno zdać sobie sprawę.
Jest jeszcze rewanż, będzie mecz o brązowy medal. Poprawić mogą się wszyscy. A sektor FAN, zamiast palenia spartańskich szalików na płocie i równania poziomem do tych, którzy na Olimpijskim rysowali onegdaj racice przed wejściem do "klatki" albo dręczyli żywą świnię, może tym razem skupić się na pozytywnej stronie ultrasowej pasji - zedrzeć gardła od pierwszego biegu, przygotować oprawę, pokazać zawodnikom gości już na prezentacji, że nie są u siebie i kruszcu nikt im nie poda na tacy. A wrzesień to czas dożynek...
Mogą też "strzelić focha", kontynuować bratobójczą wojnę, degradującą dla całego klubu i środowiska. Zobaczymy, co wybiorą.

Nasi informatorzy twierdzą, że nawet spora część kibiców na "dopingującym" w pewnym momencie miała już dość bluzgów i chamstwa. Przestali skandować w ślad za resztą. Chyba warto byłoby, aby z tej grupy wyłonili się ODPOWIEDZIALNI liderzy, którzy - wzorem Zielonej Góry - zrozumieją, że dobro ukochanego klubu wymaga poświęceń także od nich samych, czasem pohamowania emocji. I nie zawsze da się na zasadzie: "albo będzie tak jak ja chcę (my chcemy), albo zobaczycie... kamień na kamieniu nie zostanie!" Chyba że o czymś nie wiemy i na sektorze FAN byli rzutcy biznesmeni zdolni pokryć nowy kontrakt, jakiego oczekiwał "Zengi". Ewentualnie zrobić "ściepę" i zebrać na ten cel "do czapki". Byłoby pięknie, gdyby takie możliwości istniały.
Zamiast wyzywać swoich, lepiej usiąść z własnym klubem do jednego stołu, wyłączyć kamery, pozabierać wszystkim telefony - i nie wychodzić, dopóki nie ustali się kluczowych rzeczy. Za postawę na torze klub już przeprosił, otwartym tekstem. Jeśli mają tam rozum i zdrowy rozsądek, to przeprosiny za "akcję z Pawlickim" przyjmą, a jeszcze zaproszą na spotkanie i postawią na stołach "byczą" mineralną. Z kibicami, jacy by oni nie byli, zasadniczo nie ma sensu wojować.
Trzeba tylko chcieć, schować na moment własne ego. Pawliccy są częścią historii tego klubu, czy to się komuś podoba, czy nie. "Piter" nie takie rzeczy już o sobie słyszał, choć z pewnością te bolą mocniej, bo padły z ust "swoich". Dłoni wyciągniętej do zgody raczej nie odtrąci. Czuć się "jak małpa w ZOO" nikt by nie chciał. Ten ostatni mecz sezonu w Lesznie może być najważniejszy od lat nie tylko na płaszczyźnie sportowej.
Jakub Horbaczewski
* * *
Oficjalne oświadczenie klubu w sprawie incydentów podczas półfinału #LESWRO:
W związku z wydarzeniami, do których doszło podczas i po zakończeniu niedzielnego półfinału PGE Ekstraligi na Stadionie im. Alfreda Smoczyka, Unia Leszno SSA stanowczo potępia akty fizycznej i słownej agresji osób, nazywających się bezpodstawnie kibicami klubu.
Z pełną stanowczością sprzeciwiamy się łączeniu Unii Leszno oraz naszej ogromnej Byczej Rodziny oddanych kibiców ze skandalicznymi zachowaniami niewielkiej grupy osób. Nasze stanowisko jest jasne: nie ma naszej zgody dla takich postaw. Żaden wynik i żadne wydarzenie sportowe nigdy nie będzie ważniejsze niż szacunek wobec drugiego człowieka.
Wulgarne okrzyki czy akty słownej lub fizycznej agresji nie mają nic wspólnego ze wspieraniem ulubionej drużyny. Każdy, kto dopuszcza się ich wobec zawodników i innych fanów, nie ma prawa nazywać się Kibicem ani nosić biało-niebieskich barw. Kibicowanie Unii Leszno to oddanie, wsparcie na dobre i złe oraz szacunek do zawodników, pozostałych fanów i stadionu - do wszystkiego, co jest związane z najbardziej utytułowanym klubem żużlowym w Polsce.
Mecze w sercu stolicy polskiego żużla są świętem dla Leszna i całego regionu, a stadion musi być miejscem przyjaznym i bezpiecznym dla wszystkich uczestników sportowego widowiska, zarówno na torze, jak i w parkingu oraz na trybunach.
Pragniemy przeprosić wszystkich oddanych klubowi kibiców za występ, który był bardzo daleki od naszych oczekiwań. Absurdalne jest jednak zarzucanie naszym żużlowcom braku chęci walki i ambicji. W meczu z BETARD Spartą Wrocław „Byki” dały z siebie wszystko, jednak rywale okazali się silniejsi, za co należą im się gratulacje.
Przypominamy jednocześnie, że trwający sezon już teraz jest naszym wspólnym, ogromnym sukcesem. FOGO Unia Leszno jako beniaminek PGE Ekstraligi awansowała do rundy play-off, na kilka tygodni przed zakończeniem rundy zasadniczej, notując najlepszy wynik beniaminka najwyższej klasy rozgrywkowej od 2009 roku. Nadal stoimy przed szansą zdobycia medalu DMP. To dla nas wszystkich powód do dumnego noszenia biało-niebieskich barw.
Dziękujemy Wam, drodzy Kibice, za to, że tak licznie odwiedzacie Stadion im. Alfreda Smoczyka, wspierając naszych zawodników. Przed nami decydujące mecze sezonu – jak zawsze prosimy Was o wsparcie.
#ByczaRodzina #StolicaŻużla #UniaLeszno #PGEEkstraliga


Uważam, że kibice Stali Gorzów są zbyt okrutni dla swojego trenera. Który zespół pojechałby takie mecze tyloma młodzieżowcami?


Tygodniowy wykaz transmisji TV
