KALENDARIUM

26/2/2014

Przyszłość ukraińskiego speedwaya rysuje się obecnie niemal tak samo niepewnie jak przyszłość ukraińskiej państwowości. A jeszcze 2-3 lata temu te żużlowe nadzieje były spore, zwłaszcza we Lwowie i Równem. 26 lutego 2012 r. gwiazdą programu regionalnej TV Riwne1 był lider miejscowego Kaskadu, Stanisław Burza (video).

POWIEDZIELI...

poniedziałek, 26, luty 2018

sitera

sitera filipGdybym mógł cofnąć czas to pomimo mojego stanu zdrowia i tak zostałbym żużlowcem.

 

Filip Šitera (Przegląd Sportowy)

 

sportZ

Artykuły

Czarna Książka II. Opowieść siódma: Kolejarz (fragment II)

Kokin Loko2017Dojrzał w oczach Limanowskiego błysk, który wcale mu się nie spodobał. Na szczęście Karwecki zareagował zgodnie z przypuszczeniami.
– Wyobrażasz sobie, jak by zareagowali kibice?
– Ja nie muszę sobie wyobrażać, Bogdanie. – Szpachla poczuł, że czas na decydujący cios. – Kibice zareagowaliby mniej więcej tak, jak obecnie reagują na naszą… przepraszam, twoją… decyzję o niedopuszczeniu do Ekstraligi Lokomotivu Daugavpils. Klaudio, mogę cię prosić?

 Woźnicka wstała z miejsca sprężystym ruchem wysportowanego ciała. W białej koszuli podkreślającej talię i ołówkowej spódnicy wyglądała jak sekretarka, tym bardziej, że długie kasztanowe włosy spięła w kok na podobieństwo dużo starszych Łabędzkiej i Tyczyńskiej. Szpachla jednak doskonale pamiętał ostatni mecz rundy zasadniczej, który jego drużyna odjeżdżała w Tarnowie – był sierpień, żar lał się z nieba, a Woźnicka w pewnym momencie zdjęła marynarkę i pokazała się w prostej biało-szarej sukience do kolan, która eksponowała wszystkie atuty prezeski Unii Tarnów. Wygląd Woźnickiej, przez zmaskulinizowane środowisko najczęściej odczytywany jako oznaka, że poza nim pani prezes niewiele ma do zaoferowania, niejednego zmylił. W głowie Klaudii krył się tymczasem najprawdziwszy komputer, jak te, na których zbudowała swoje biznesowe imperium. Żużlem żyła naprawdę, statystykami potrafiła sypać jak z rękawa, a poza tym była bardzo wrażliwa na najmniejsze przejawy niesprawiedliwości w świecie „czarnego sportu”. Szpachla wiedział, że ma w niej wiernego sojusznika w sprawie Lokomotivu.

Klaudia włączyła film, który stanowił kompilację zdjęć i klipów przedstawiających kibiców, żużlowców, trenerów popierających awans łotewskiej drużyny do najwyższej klasy rozgrywkowej. Jak wszystko w dzisiejszych czasach, i „daugavpilska kampania”, jak ochrzciły ją lokalne media, miała swój hashtag – hasło #YaZaLoko pojawiało się na każdej fotografii i w każdym filmiku. Tabliczki z nim trzymali obecni i byli mistrzowie świata, drużynowi, indywidualni, czempioni wśród juniorów i seniorów. Zdobywcy srebrnego medalu Drużynowych Mistrzostw Świata 2015 – reprezentanci Szwecji – próbowali nawet powiedzieć po rosyjsku, że LokomotivDaugavpils to najlepszy klub na całym globie.

– To niech go sobie do Elitserien wezmą – prychnął głośno Limanowski. Pomimo wyraźnej protekcji Karweckiego zachowywał się jak człowiek, który nie ma już nic do stracenia. Był bezczelny, arogancki i nad wyraz irytujący. Nie omieszkał skomentować również fotografującego się z hashtagiem wytatuowanego Indywidualnego Mistrza Świata 2015, Darrena Morgana z Wielkiej Brytanii: – Ciekawe, czy Ruski zapłacą mu jak Ekstraliga.

– Od tych „Rusków” przynajmniej doczeka się kasy – warknęła Klaudia. – Nie to, co od twojego klubu, Karolu.

Wszyscy wiedzieli, że Stal Rzeszów ma długi, i to niemałe. Tak to jest, jak się kupuje zawodników za ciężkie pieniądze, a potem w połowie sezonu odkrywa, że budżet został zbudowany na bardzo optymistycznych założeniach. Było tajemnicą poliszynela, że Stal nie zapłaciła za kilka meczów Kamilowi Krukowi, tarnowskiej gwieździe, która na ten jeden sezon wybrała się zdobywać punkty za miedzę. Rozstanie Kruka z Unią musiało przebiegać w zaskakująco przyjacielskiej atmosferze, ponieważ Woźnicka broniła interesów żużlowca jak lwica.

Film miał pokazać, że cały żużlowy świat stoi murem za dzielnymi Łotyszami. Na koniec Klaudia, która dwie noce zarwała na montowaniu tego, co otrzymała od zainteresowanych losami Lokomotivu kibiców i zawodników, zostawiła wywiad z rodziną Romanowów, współtwórcami potęgi klubu z Daugavpils.

– Ja zaczinał karieru w Daugavpilsie – uśmiechał się ze ściany Iwan Romanow, przez lata najlepszy rosyjski żużlowiec. Jego polszczyzna nosiła silne rosyjskie naleciałości i sprawiała, że wszyscy zgromadzeni w sali konferencyjnej uśmiechnęli się mimowolnie. Wszyscy oprócz Karweckiego. – Dziesjać lat temu nikt by nie podumał, że kiedyś-to mój kłub będzie jednym z najlepszych w Polszy. Wtedy my po prostu chcieli jeździć. Bawić się. Cieszyć się żużlu.

Stojąca obok Iwana żona, zawsze elegancka i profesjonalna Jewgienija, właścicielka i główna sponsorka Lokomotivu, wypowiedziała się po rosyjsku, a beznamiętny, niemal metaliczny głos tłumacza nałożył się na jej spokojny alt:

– Przeszliśmy bardzo długą drogę od półamatorskiej drużyny, którą przygarnęła polska liga, do w pełni profesjonalnego klubu z tradycjami i z ambicjami walki o najwyższe cele. Już przed finałem ligi wiedzieliśmy, że władze Ekstraligi Żużlowej prawdopodobnie nie pozwolą nam awansować, podobnie jak przed rokiem.

– Mimo to twoja drużyna walczyła w tym dwumeczu o każdy punkt – przerwał Romanowej głos niewidocznego dziennikarza. Rosyjskojęzyczna Łotyszka uśmiechnęła się wystudiowanym uśmiechem, a Iwan mocniej ścisnął jej dłoń wysuniętą z szerokiego rękawa płaszcza.

– Kibice przyszli obejrzeć mecz, a nie trening. Dla nas to nieważne, czy jedziemy o medal, czy o nic, zawsze chcemy wygrywać. Na tym chyba polega sport, prawda?

Za pewną siebie Jewgieniją i Iwanem, który sprawiał wrażenie zagubionego, odkąd głos zabrała jego żona, stali pozostali członkowie jednego z najbardziej rozrośniętych żużlowych rodów: młodszy brat Iwana, Anatolij, bratanek Georgij, także z żoną, oraz Piotr i Paweł, dwóch siostrzeńców najstarszego żużlowego duetu Romanowów. Żużlowcy i ich partnerki wypełniali cały ekran, a ich słowa chyba robiły wrażenie, skoro umilkł nawet obrażony prezes rzeszowskiej Stali.

Film dobiegł końca, na ekranie zamiast napisów końcowych wyłonił się z czerni napis „#YaZaLoko”, a poniżej litery jak wycięte z gazety – „Chcemy Lokomotivu Daugavpils w Ekstralidze 2016”.

– I co powiecie? – Szpachla złożył dłonie w piramidkę. – Daje do myślenia, prawda?

Limanowski już otwierał usta, ale uprzedził go głos, którego prezes Apatora wcale się nie spodziewał – głos, który rozbrzmiał z miejsca obok niego:

– Brakuje tu paru ważnych kadrów. Gdybym miał naładowany telefon, pokazałbym wam zdjęcie, które dziś dostałem od Pettera.

Szpachla odwrócił wzrok i spojrzał prosto w oczy absolutnie niezmieszanemu Fordońskiemu. Prezes Polonii beztroskim ruchem poprawił gumkę-recepturkę na schnących powoli włosach, strzepnął niewidzialny pyłek z kołnierza marynarki, ale kontaktu wzrokowego ze Szpachlą nie zerwał. Zupełnie jakby nie wiedział, że właśnie złamał kilka tabu tej sali.

Przez lata Petter Aksel Lindmann nie był zbyt lubianym w środowisku żużlowcem. Przed rokiem jednak, wskutek emocjonalnego wystąpienia podczas ostatniej rundy cyklu Grand Prix i późniejszych jeszcze bardziej szczerych niż zwykle wywiadów, zyskał sobie sporo szacunku wśród kolegów po fachu, a jednocześnie stał się wrogiem działaczy, o których wypowiadał się w wyjątkowo niepochlebnym tonie. Pokłócił się nawet z byłym prezesem Polonii Bydgoszcz, Włodzimierzem Holubem, który nie tak dawno trzasnął drzwiami i z hukiem pożegnał się ze sportem żużlowym. Na jego miejsce przyszedł Fordoński, ale on już nie miał pola manewru w kwestii stosunku do gwiazdy bydgoskiego klubu. Wraz z Holubem z Polonii odeszły bowiem wielkie fundusze, zespół stał się bankrutem, a jego przyszłość stanęła pod znakiem zapytania – i stałaby po dziś dzień, gdyby ktoś klubu nie wykupił.

Ktoś – a konkretnie Lindmann.

– Czyżby Petter planował kupno kolejnej drużyny? – Ten komentarz należał do Anatola Żukowskiego, który bez nieodłącznego cygara wyglądał jakoś inaczej, starzej i bardziej ponuro. Jak zawsze miał perfekcyjnie skrojony garnitur, a w jego zachodnim sznycie było coś, co przywoływało skojarzenia z cosa nostrą. Niegdyś po środowisku krążyły plotki, że Żukowski ma powiązania z mafią, ręce splamione krwią i tak dalej. Szpachla nie dawał im wiary, ale mimo to poczuł nieprzyjemny dreszcz na karku, gdy usłyszał niski, syczący głos prezesa Stali Gorzów.

– Nic mi na ten temat nie wiadomo – oznajmił ze świetnie graną beztroską Fordoński. Szpachla przyglądał się bydgoszczaninowi niezbyt długą chwilę, ale z Brunona Fordońskiego czytało się jak z otwartej księgi. Nie był wiejskim głupkiem, po prostu przyjął taką strategię. Tak się w każdym razie Szpachli wydawało i byłby niezmiernie rozczarowany, gdyby się pomylił. – W każdym razie skoro największy indywidualista światowego żużla popiera awans Lokomotivu, to coś jest na rzeczy.

– Czyli jak rozumiem, w przypadku głosowania byłbyś za daniem Łotyszom szansy? – Szpachla kuł żelazo, póki gorące. Jednocześnie poczuł, jak wbijają się w niego spojrzenia wszystkich zgromadzonych na sali.

– Głosowanie? – zagrzmiał wzburzony Karwecki, a jego mocarna łapa zacisnęła się w pięść na lśniącym blacie stołu. – Ewaryście, pragnę ci przypomnieć, że Lokomotiv Daugavpils powinien spełnić szereg warunków, by móc w ogóle…

Szpachla uniósł rękę i, o dziwo, ten gest okazał się wystarczający, by zaskoczony prezes Ekstraligi S. A. zamknął paszczękę.

– Bogdanie, daruj sobie. Na tej sali są sami swoi i żadnych dziennikarzy, nie masz co się krygować – rzucił, siląc się na lekkość. Brakowało mu beztroski Fordońskiego czy opanowania Woźnickiej, ale widział, że ma autorytet wśród zgromadzonych, a to była potężna broń. Starając się nie wykonywać żadnych zbędnych gestów, oparł dłonie o blat i zaczął mówić równym, spokojnym głosem: – Wszyscy doskonale wiemy, że warunki, które stawiamy Lokomotivowi, są nie do spełnienia. Gdybyśmy chcieli dopuścić Łotyszy do Ekstraligi, na pewno udałoby się nam wypracować kompromis. Dlatego chcę się tu i teraz dowiedzieć, czy my tego pragniemy. Jeżeli nie – nie ma tematu. Ale – zniżył głos, żeby musieli wytężyć słuch, by w ogóle go usłyszeć – jeżeli tak, myślę, że kilka wzajemnych ustępstw nie zaszkodzi żadnej ze stron. Zobowiążemy Lokomotiv do posiadania jednego polskiego juniora, utworzenia spółki akcyjnej na terenie Polski, dogadamy się – to przecież umiemy, czyż nie?

Nikt nie zaprotestował. Każdy ze zgromadzonych prezesów miał na sumieniu jakieś grzeszki związane z przymykaniem oczu na regulamin ligi… i nie tylko. Nawet Klaudia, ta szczera i uczciwa dziewczyna, nie popisała się, pomagając jednemu ze swoich zawodników w załatwieniu lewego dyplomu na tarnowskiej uczelni.

– Nie muszę chyba mówić, że Klaudia i ja… i Bruno – dodał po chwili wahania, a Fordoński nie zaprzeczył – jesteśmy za tym, by dać Łotyszom szansę, skoro mają dość determinacji, żeby po ubiegłorocznej farsie – wypluł to słowo z siebie niczym wulgaryzm – ponownie starać się o przyjęcie w szeregi Ekstraligi. Swoją postawą na torze, profesjonalizmem i zaangażowaniem Lokomotiv udowodnił, że zasługuje na to jak mało kto. Widzę również, że Bogdan i Przemek są przeciwko…

– Mnie także proszę zaliczyć do tego grona – odezwał się lodowato Limanowski. Szpachla z trudem powstrzymał drwiący śmiech. Prezes Stali Rzeszów nadął się tak, że wystarczyło przywiązać mu do ręki nitkę i nosić jako balon. Najpewniej jak nadmuchaną żabę ze Shreka.

– Ty nie masz nic do powiedzenia, Karolu – wyjaśnił, starając się nie naśladować tonu Limanowskiego. Nie zamierzał się zniżać do poziomu tego bardziej bezczelnego z dwuosobowej loży szyderców. – Przypominam, że formalnie twojego klubu w Ekstralidze nie ma, a ty siedzisz tu tylko jako wsparcie…

Chciał powiedzieć, że wsparcie Heidekampera, ale Woźnicka podpowiedziała mu szeptem:

– …estetyczne.

Fordoński stłumił śmiech, Szpachla zakrztusił się z wrażenia i tylko Klaudia siedziała wyprostowana jak pensjonarka, z dłońmi grzecznie złożonymi na blacie i niewinnie trzepotała rzęsami.

– A co, jak głosy rozłożą się po równo? – nie tracił nadziei na odegranie swojej roli Limanowski. Szpachla przełknął ślinę. Doskonale wiedział, jaki przepis ma zastosowanie w takim przypadku – aż dziwne, że prezes Stali Rzeszów o tym nie pomyślał. Może dlatego, że ogólnie nie był tytanem intelektu.

– Wtedy decydujące znaczenie ma głos prezesa Ekstraligi S. A. – pocieszył go Karwecki, protekcjonalnym gestem klepiąc rzeszowianina w ramię. On już zdecydował. On już był pewny wyników głosowania – wszak remis dawał mu upragnioną wygraną i Stal z powrotem w Ekstralidze. Status quo – na niczym innym pomorskiemu magnatowi nie zależało. Szpachla miał ochotę splunąć pod nogi tego człowieka, któremu obojętny był żużel, ale nieobojętne pieniądze. Ciekawe, ile obiecało mu miasto Rzeszów za wstawiennictwo za Limanowskim?

Żeby ograć Karweckiego, Szpachla musiał zyskać jeszcze dwóch sojuszników spośród niezdeklarowanej trójki. Tak niewiele i tak wiele zarazem.

– Do rzeczy. Damy przodem. – Żukowski z przesadną galanterią skinął głową w stronę Tyczyńskiej i Łabędzkiej. Prezeska Sparty zachowała kamienny spokój, a jej splecione palce zaledwie drgnęły. Z kolei szefowa Unii Leszno odwróciła się gwałtownie, każdy jej ruch zdradzał nerwowość. Widać było, że nie czuje się komfortowo. Na czele wielkopolskich „Byków” stanęła przed dwoma laty, w tym samym czasie, gdy Szpachla zostawał prezesem Apatora. Jednak o ile on przebył kilka kręgów piekieł, by w końcu wziąć pod swe skrzydła toruński żużel, o tyle Łabędzkiej Unia dostała się niejako przypadkiem. Mąż Magdaleny, szanowany lokalny działacz i poprzedni prezes Leszna, dostał się do parlamentu w wyborach uzupełniających, co poskutkowało koniecznością rezygnacji ze sprawowanej w klubie funkcji. A ponieważ Maciej Łabędzki wcale nie chciał tracić kontroli nad klubem, którym opiekował się od ponad dekady, zaproponował, by nowym prezesem została jego małżonka – i nikt nie odważył się przeciwstawić jego woli. Nikt też nie spodziewał się, że w ciągu półtora roku szereg skandali obyczajowych wstrząśnie niewielkim miastem w środku Wielkopolski, Magdalena zażąda rozwodu, a Unia Leszno stanie się częścią jej połowy majątku.

Magdalena Łabędzka być może nie znała się na żużlu, gdy przychodziła mężowi na zmianę, ale dwa lata wystarczyły, by powoli nauczyła się prezesowskiej gry. I choć niekiedy wątpiła w słuszność swoich decyzji i nie potrafiła ukryć zdenerwowania, ilekroć przychodziło jej działać pod presją czasu, to Szpachla czuł, że z Łabędzkiej będą ludzie. Może nawet tak wytrawna graczka jak sama Tyczyńska, znana z chłodnej kalkulacji, przemyślanych posunięć i przesadnej wręcz troski o dobre imię swojego klubu.

– Dziękuję, Anatolu – roześmiała się nieco histerycznie Łabędzka, widząc, że koleżanka po fachu nie zamierza jako pierwsza zabierać głosu. – Wolałabym jednak najpierw zapoznać się z waszym zdaniem i waszymi argumentami.

Szpachla westchnął. Wszystko jasne – Łabędzka taktycznie milczy i liczy, że głosowanie rozstrzygnie się, zanim kolejka dojdzie do niej. Nie chce być katem ani Limanowskiego, ani Lokomotivu. Gdyby mogła, wstrzymałaby się od głosu – ale nie może, bo wie, że w takich sprawach nie wolno się wstrzymywać. Nie pozwoli jej na to profesjonalizm. Albo się jest za status quo, myślał ponuro Szpachla, albo za sportową rywalizacją. I bardzo wątpił, że głos Łabędzkiej na nic się dziś nie przyda. Żukowski i Tyczyńska byli zbyt różni – ona inteligentna, otwarta na nowe rozwiązania i myśląca perspektywicznie, on skupiony na pomnażaniu swoich bogactw i rzadko kiedy widzący cokolwiek poza dobrem swojego zespołu. Jedyna szansa na pozytywny głos ze strony prezesa Stali Gorzów kryła się w jego wrodzonej przekorze i dziecinnemu niekiedy pragnieniu robienia na złość włodarzowi Falubazu Zielona Góra. Waśnie Żukowskiego i byłego prezesa rywala zza miedzy, Jarosława Dąbrowskiego, przypominały przyjacielskie przepychanki – ale z Heidekamperem to już była wojna na śmierć i życie. A na wojnie wszystkie chwyty dozwolone, nawet głosowanie na przekór wrogowi. Co Żukowskiemu szkodzi opowiedzieć się za awansem Lokomotivu, skoro był przekonany – jak zawsze zresztą – że to jego klub w przyszłym sezonie sięgnie po mistrzowską koronę?


Loko 2017

Wzrok Szpachli zatrzymał się na razie na Alicji Tyczyńskiej. Królowa wrocławskiego żużla zacisnęła usta w wąską linię i z uwagą przyglądała się towarzystwu spod firanki gęstych rzęs.

– W takim razie zaczynamy ode mnie, czy tak? – zapytała retorycznie i niemal niedostrzegalnie obróciła pierścionek na serdecznym palcu lewej dłoni. – Dobrze zatem. Ponieważ nie sądzę, aby poświęcanie całego naszego posezonowego zebrania jednej sprawie było tego warte, postaram się przedstawić krótko moje stanowisko. Przede wszystkim: dziękuję, Ewaryście, że starasz się dostrzegać różne perspektywy.

Starasz się. Szpachla uznałby słowa Tyczyńskiej za komplement, gdyby nie wiedział, ile czasu ta kobieta spędziła w Wielkiej Brytanii. W jej ustach podobne zdanie brzmiało jak zawoalowana nagana: „och, Ewaryście, Ewaryście, widzisz tylko swoje racje”. Szpachla drgnął, ale nic nie powiedział. Fordoński przyjacielskim gestem poklepał go po plecach – on jeszcze nie wiedział, jak dekodować komunikaty Tyczyńskiej.

– Doceniam – ciągnęła Tyczyńska, wstając – waszą, młodych, chęć tworzenia nowej jakości i robienia rewolucji, nawet jeżeli jesteście czasem dość – chrząknęła w zwiniętą dłoń – nieokrzesani.

Szpachla poczuł się jak uczeń, który dostał burę od szanowanej nauczycielki. Z jednej strony było mu miło, że Tyczyńska zaliczyła go do młodych, pomimo że wiekiem ustępował mu chociażby Limanowski, z drugiej nie był pewny, czy w ustach prezeski Sparty Wrocław to pochwała, czy raczej obelga.

– Przedstawiłeś nam, Ewaryście, bardzo piękne i szlachetne idee sportu, rywalizacji, walki rozstrzygającej się na torze i za kulisami. – Uśmiechnęła się uśmiechem dobrej ciotuni, który jednak zaraz zgasł, a jej ton stał się ostry, jak cięcie nożem: – Tylko że sport nie jest piękny. Co roku urządzamy wyścig zbrojeń, kombinujemy z budżetem, środkami spod stołu, podbieramy sobie zawodników – rzuciła pełne przygany spojrzenie Limanowskiemu – preparujemy tory, byleby tylko to nasz klub mógł się pochwalić złotymi medalami na koniec sezonu… Każdy z nas ma na koncie zagrywki kompletnie niezgodne z duchem sportu. Ty, Ewaryście, też. – Ta uwaga nie tyczyła się ligi jako takiej. Przed rokiem Wrocław ponownie złożył swoją kandydaturę jako miasta-gospodarza turnieju z cyklu Grand Prix, ale wiecznie nienasycony Toruń w ostatniej chwili przebił ofertę Tyczyńskiej i spółki. – Bardzo proszę, nie udawajmy, że jesteśmy tacy święci, bo to zwyczajnie niesmaczne.

– Alicjo – nie wytrzymał Szpachla – czy to znaczy, że uważasz, iż skoro w codziennym życiu stosujemy elementy taktyki, możemy anulować zasady fair play? Może w takim razie znieśmy również wykluczenia za faule na torze?

Tyczyńska pociągnęła łyk wody ze stojącej przed nią szklanki i skrzywiła się, jakby w naczyniu był czysty sok z cytryny.

– To było słabe, Ewaryście – oceniła gorzko, nie tracąc nic ze swego opanowania. – Takie tanie chwyty retoryczne są znacznie poniżej twoich możliwości. Żeby nie przedłużać: nie popieram waszej krucjaty. Kiedy przyjmowaliśmy do ligi zagraniczne zespoły, jasno określiliśmy – to gest ze strony polskiego żużla, mający na celu uratowanie sportu w krajach ościennych. Nasze zadanie wykonujemy dobrze, Lokomotiv Daugavpils stał się kuźnią talentów  i rokrocznie raduje światowy żużel swoimi wychowankami.

Nie tylko wychowankami, pomyślał melancholijnie Szpachla. W czerwcu w szeregach łotewskiej drużyny pojawiła się zupełnie nowa gwiazda – córka jednej z legend rosyjskiego żużla, Raszyda Nigmatullina. Osiemnastoletnia Adelina, zarekomendowana zresztą przez jednego z liderów drużyny Szpachli, była nie tylko piękną dziewczyną, ale i piekielnie skutecznym żużlowcem, a do tego magnesem dla sponsorów i kibiców. Wstyd, że to zaściankowy „były ZSRR” wystarał się o start kobiety w zawodach ligowych, zanim Polska w ogóle o tym pomyślała. A Nigmatulliną tuż po sezonie podkupiła Wanda Kraków i z pomocą Rosjanki zamierzała w końcu awansować do Ekstraligi.

– Każesz nam myśleć perspektywicznie – Tyczyńska wcale nie zamierzała skończyć – więc sam też tak pomyśl. Lokomotiv wygrywa składem opartym na wychowankach. Łotysze są drużyną przez wielkie D – uśmiechnęła się nagle – i temu nikt nie zaprzecza. Tylko że o ile w pierwszej lidze taka strategia się sprawdza, to w Ekstralidze sami swoi nie wystarczą. Lokomotiv będzie musiał kupić zawodnika z cyklu Grand Prix, i to nie z dołu tabeli, a wszyscy wiemy, ile tacy żużlowcy kosztują. Mało tego – podniosła głos o pół tonu – okienko transferowe zostało już otwarte, a co najmniej połowa światowej czołówki albo przedłużyła kontrakty, albo jest dogadana z nowym pracodawcą. Zaangażowanie kogokolwiek wymaga ogromnych nakładów finansowych, a nikt nie zapytał – czy Lokomotiv je ma? Może zamiast angażować w nasze gierki i licytacje kolejny klub i ryzykować jego upadkiem, a razem z tym upadkiem żużla na Łotwie, skupmy się na ratowaniu Ekstraligi w obecnym składzie? Mamy naprawdę wiele problemów na głowie: frekwencja spada, młodzież szkolą może ze cztery ośrodki, nie ma chętnych, a koszty uprawiania dyscypliny i zarządzania klubami stale rosną. Zamiast tworzyć problemy zastępcze, zamknijmy Ekstraligę na rok – dwa lata. Nie mówię Lokomotivowi nie w ogóle, ale na pewno nie w najbliższym sezonie. I tak siedzimy na tykającej bombie. – To powiedziawszy, usiadła, nie zgarbiwszy się nawet na moment. Była prosta jak struna, dumna i epatująca pewnością siebie. Alicja Tyczyńska wiedziała, co mówi i wierzyła we własne słowa – a tacy przeciwnicy są o wiele bardziej niebezpieczni od krzykaczy w rodzaju Limanowskiego czy Heidekampera.

Szpachla lekko kiwnął głową w stronę Żukowskiego. Wiedział, że jeżeli prezes Stali opowie się przeciwko awansowi łotewskiej drużyny, to sprawa przegrana. Świat się od tego nie zawali, ale autorytet włodarza Apatora Toruń zostanie poważnie nadszarpnięty – nie wspominając o tym, jak na podobną decyzję zareaguje całe międzynarodowe środowisko żużlowe. Jedyne, co Szpachla mógłby zyskać na porażce w sprawie Lokomotivu, to status niepokornego nonkonformisty – znakomitą podstawę dobrego wizerunku w oczach kibiców, ale nic poza tym.

– Pozwolę sobie się z tobą nie zgodzić, Alicjo. – Żukowski spoglądał na Tyczyńską spod przymrużonych powiek.– Zabijanie żużla na Łotwie odbywa się właśnie takimi metodami, jakie obecnie stosujemy. Od dwóch lat blokujemy naturalny rozwój Lokomotivu. Na razie ci chłopcy mają w sobie dość pasji, żeby jechać dla samej jazdy, ale ile czasu minie, zanim radość z pasji przemieni się we frustrację – kto to wie? Alicjo, ani ty, ani nikt z nas, nie musisz się trząść nad kondycją finansową Lokomotivu – tym klubem zarządzają dorośli i odpowiedzialni ludzie, którzy powinni mieć dość oleju w głowie, żeby nie pompować sztucznie budżetu. A jeśli go, to jest oleju, ma się rozumieć, nie mają – ich strata. Jeżeli Lokomotiv ma spaść do pierwszej ligi, to do niej spadnie, i to nie nasze zmartwienie, tylko Łotyszy. A skoro Ekstraliga S. A. szumnie zapowiadała, że awansuje do niej najlepszy klub pierwszej ligi, to bardzo proszę, dotrzymajmy słowa i nie twórzmy dodatkowych problemów, bo tylko narażamy się na śmieszność. Cały świat żużla z nas kpi!

– A jednocześnie doi z nas kasę – warknął poirytowany Heidekamper, poprawiając przyciasny kołnierzyk koszuli. Szpachli wydawało się, że guzik przy kołnierzu trzyma się na słowo honoru, ale być może to było złudzenie optyczne wywołane uprzedzeniami wobec prezesa Falubazu.

– Jeżeli pozwalasz się doić, Przemysławie, to ja ci szczerze współczuję – oznajmił niewzruszenie Żukowski, a z samego tonu jego wypowiedzi nie dałoby się wywnioskować, czy mówi serio, czy kpi z kolegi po fachu. – I tym bardziej nie dziwię się, że się z nas śmieją. Nie dość, że skostniali, to jeszcze naiwni jak dzieci…

– Lepiej być naiwnym niż mieć bandycki rodowód – syknął wyprowadzony z równowagi Heidekamper. Trafił idealnie, Żukowski bowiem spurpurowiał i ryknął:

– Udowodnij mi coś, gnido!!!

Szpachla postanowił interweniować:

– Panowie, dość tych kłótni małżeńskich – poprosił bez złości, za to z dozą zaskakującego sarkazmu, którego nauczył się prawdopodobnie od Klaudii. – To nie miejsce ani czas na waśnie, tym bardziej, że towarzyszą nam damy. Wróćmy lepiej do meritum.

Żukowski ociężale klapnął na siedzenie, odetchnął kilka razy, poluzował krawat, po czym rzucił krótkie:

– Tak. Jestem za Lokomotivem w Ekstralidze.

Heidekamper zaklął cicho, ale dość wyraźnie, by w zbyt dużej sali konferencyjnej jego głos odbił się echem. Szpachla odetchnął z ulgą. Zaraz jednak zamarł w napięciu i ostrożnie przeniósł wzrok na siedzącą po lewej ręce Tyczyńskiej Łabędzką. Nie tylko on – patrzyli na nią wszyscy w sali, a już spojrzenie Karweckiego dosłownie się w nią wwiercało. Zgodnie z przypuszczeniami, zmieszana taką atencją Łabędzka była czerwona jak burak, spuściła wzrok i przez dłuższą chwilę nie mówiła nic, tylko nawijała na palec kosmyk włosów w platynowym odcieniu blondu. Jeszcze nie siwiała, chociaż w słoneczne dni jej włosy wydawały się niemal białe, do tego miała młodą, pulchną twarz – a kiedy tak się peszyła, wyglądała, jakby była w wieku Klaudii Woźnickiej.

Szpachla mimowolnie odwrócił się w stronę tarnowskiej koleżanki i zaraz ujrzał ciepły uśmiech, jakim Klaudia starała się dodać otuchy prezesce Unii Leszno. I nie mógł się pozbyć myśli, że o ile z początku bawiło go, lecz i napawało obawą to stężenie kobiet w polskim żużlu, to teraz bał się raczej, że wkrótce zostanie jednym z niewielu mężczyzn w prezesowskich fotelach. Tacy Heidekamper i Żukowski nie potrafili ukryć wrogości nawet w momencie, gdy pierwszorzędne znaczenie miała współpraca na rzecz kompromisu. Co innego żeńska część prezesów – przecież Tyczyńska, Łabędzka i Woźnicka wcale się nie przyjaźniły, ich zdanie na różne tematy często drastycznie się różniło, a mecze takie jak starcia dwóch Unii były najprawdziwszą wojną. Teraz jednak Klaudia samą postawą robiła wszystko, by ułatwić życie Łabędzkiej.

Prezeska Unii Leszno pomęczyła się sama ze sobą, pomęczyła, aż w końcu podniosła wzrok i cicho powiedziała:

– Sport. Jestem za sportem. Jeżeli dziś udamy, że najlepszy zespół pierwszej ligi wcale nie był najlepszym zespołem pierwszej ligi, to jutro możemy odebrać złoto Drużynowemu Mistrzowi Polski, bo w sumie wcale mu się nie należało, miał za dobry skład, za dużo pieniędzy i zbyt wiernych kibiców. To nie wpuszczenie Lokomotivu do Ekstraligi jest precedensem, tylko blokowanie awansu drużynie, która ten awans wywalczyła na torze. Takie jest moje zdanie.

Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam, przemknął Szpachli przez głowę cytat z jakiejś książki, prezes Apatora nie wiedział nawet z jakiej. Uniósłby pięść w geście triumfu, gdyby nie to, że Łabędzka wcale jeszcze nie skończyła.

– Mam tylko jedno pytanie. Wybaczcie mi naiwność, ale wolę być naiwna niż krótkowzroczna jak ci, którzy kiedyś nie doprecyzowali przepisów. – Patrzyła na Szpachlę, nie widziała więc mrożącego krew w żyłach spojrzenia wściekłej Tyczyńskiej. Alicja odetchnęła głośno, ale na szczęście się nie odezwała. – A co, jeżeli… dajmy na to, decydujemy dziś o losie przyszłego złotego medalisty? Wiecie, jak to będzie brzmiało: „Drużynowym Mistrzem Polski na żużlu został Lokomotiv Daugavpils”? – Uśmiechnęła się z zakłopotaniem. Uśmieszki, tylko szydercze, wykwitły też na twarzach Karweckiego, Heidekampera i Limanowskiego. Tyczyńska westchnęła cierpiętniczo, a Żukowski przewrócił oczami. Szpachla natomiast zamarł, ledwie zdążywszy zamknąć usta, żeby nie zastygnąć z malowniczo otwartą paszczęką. Od konieczności udzielania odpowiedzi na to kuriozalne pytanie wybawił go Fordoński:

– To się powie, że Drużynowym Mistrzem Polski został Kolejarz – zaproponował z rozbawieniem. Olśnienie spłynęło także na Szpachlę, i prezes Apatora uśmiechnął się szeroko, po czym doprecyzował:

– Kolejarz Dźwińsk.



Joanna Krystyna Radosz

PS. Dopytujecie o drugą "Czarną", a wyszło tak, że druga "Czarna" potrzebuje pomocy. Bardzo chcemy, żeby ta książka narobiła dużo dobra. Chcemy, żeby "okładkowa" cena książki odpowiadała kwocie, która zasili konto Fundacji #DW43. Dzięki naszej fantastycznej ekipie redakcja, korekta, okładka, ilustracje i skład nie kosztowały absolutnie nic. Niestety wydruku nikt nam za darmo nie zrobi. Tu jest zadanie dla Was - jeśli chcecie i możecie pomóc książce, wpłaćcie choćby symboliczną kwotę na poczet druku. Jeśli znacie osoby lub firmy, które chciałyby tę literacko-charytatywną inicjatywę zasponsorować, przekażcie im link do tej Zrzutki. Jesteśmy otwarci na współpracę! Z góry dziękujemy za każdą wpłatę, bo każda złotówka się liczy!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

 PGE Ekstraliga 2017
1. eKantor.pl Falubaz Z.G.   14 25  +48
2. Betard Sparta Wrocław   14 25 +75
3. Cash Broker Stal Gorzów   14 23 +70
4. Fogo Unia Leszno   14 23  +86
5. Włókniarz Vitroszlif Crossfit   14 17 -61
6. MrGARDEN GKM Grudziądz   14 10 -63
7. K.S. Get Well Toruń   14 8 -74
8. ROW Rybnik   14 8 -81
 Nice PLŻ 2017
1. Grupa Azoty Unia Tarnów  14 31 +228
2. Zdunek Wybrzeże Gdańsk  14 22  +56
3. SK Lokomotive Daugavpils  14 20  +38
4. Orzeł Łódź  14 19  +55
5. Euro Finannce Polonia Piła  14 19   -27
6. Arge Speedway Wanda Kraków  14 15   -61
7. Stal Rzeszów  14 10 -107
8. Polonia Bydgoszcz  14 3 -192
2. Polska Liga Żużlowa
1. GTM Start Gniezno  12 25 +218
2. Speed Car Motor Lublin  12 25 +118
3. TŻ Ostrovia  12 22 +65
4. Naturalna Medycyna PSŻ Poznań  12 12 -82
5. KSM Krosno  12 12 -66
6. Stal-Met Kolejarz Opole  12 8 -41
7. Kolejarz Rawicz  12 2 -212
 Klasyfikacja końcowa Grand Prix 2017
1. flaga Australii Jason Doyle
161
2. flaga Polski Patryk Dudek
143
3. flaga UK Tai Woffinden
131
4. flaga Polski Maciej Janowski
122
5. flaga Polski Bartosz Zmarzlik 121
6. flaga Rosji Emil Sajfutdinow  117
7. flaga Szwecji Fredrik Lindgren 107
8. flaga Słowenii Matej Žagar 107
9. SVK Martin Vaculík  99
10. flaga Australii Chris Holder  85
11. flaga Polski Piotr Pawlicki  81
12. flaga Szwecji Antonio Lindbaeck  77
13. flaga Danii Peter Kildemand  60
14. flaga USA Greg Hancock  45
15. flaga Danii Niels Kristian Iversen  44
16. flaga Danii Nicki Pedersen    8

PARTNERZY

kibic-zuzla logozuzlowefotki-logo
WszystkoCzarne blog

Pomóż kontuzjowanym

KamilCieślar
DW43